Podziel się:

Zawsze ciągnęło mnie do gór. Pewnie mam to w genach, bo moi rodzice kochają góry. Gdy byłam mała często mnie w nie zabierali, niosąc na plecach. No i się zakochałam. A jak już ktoś raz się w nich zakocha to nie ma przeproś. Już się nie odkocha, choćby miał w nie chodzić raz na dziesięć lat.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam, że jeden z wózkowiczów chce iść w góry, a drugi wyraża chęć pójścia z nim, krzyknęłam „Ja też chcę”. Ale, że ja często najpierw mówię, potem myślę, więc pomyślałam: „Trzech wózkowiczów? To nie wyjdzie! Toż to dwudziestu chłopa trzeba”. Ale jednak po różnych organizacyjnych upadkach i wzlotach wyszło, choć nie z dwudziestoma chłopami, a dziesięcioma. I dziesięcioma kobitami. Więc na jednego wózkowicza przypadało 6,7 fizycznego, w tym 3 i ileś tam faceta . Nie tak źle chyba (zresztą pytajcie fizycznych, bo ja mało wiem na ten temat).

W nie byle jakie góry, bo słowackie Tatry, poszliśmy. Piękny Popradzki Staw, do którego dostaliśmy się w miarę łatwą metodą, bo asfaltem i na wózkach/nogach, przywitał nas zimnem i wiatrem. Dopiero tu zaczęła się prawdziwa przygoda. Ja, ponieważ na moim nosidełku siedziałam wcześniej (czyli przy przymierzaniu się do niego) nie więcej niż 10 min., już przy schronisku nad jeziorem zaczęłam umierać ze strachu. I tak mi zostało do końca dnia, ponieważ „szłam” na tych męskich plecach tyłem do kierunku jazdy (moje nosidełko było po prostu aluminiowym fotelikiem, zawieszonym na szelkach od plecaka). To powodowało, że widziałam nie tylko wszystkie piękne widoki (które i tak zapierają dech w piersiach) , ale i przepaście na przykład. Doszliśmy pod Koprowy Wierch nad dwa jeziorka i stwierdziliśmy, że wracamy (ja już zdążyłam dziesięć razy stwierdzić to po drodze, ale na szczęście tylko w myślach), bo powrót po ciemku nad tymi przepaściami raczej nam się nie marzył. Wcześniej jednak ogrzaliśmy się kocem termicznym, który przypominał pelerynę niewidkę, i pooglądaliśmy kozice. Niektórzy próbowali podbijać szczyt, ale nie do końca się to udało.

No i wróciliśmy nad Popradzki Staw (podobno zejście było łatwiejsze niż wejście – ja tam nie wiem, dla mnie chyba nie bardzo). Posiedzieliśmy nad wodą, pozachwycaliśmy się widokami, podzieliliśmy się wrażeniami…

Aż w końcu trafiliśmy do namiotów, gdzie było bardziej lodowato niż na szczycie. Dobra noc to była!

A rano znowu wyruszyliśmy, tym razem tylko asfaltem prosto do Śląskiego Domu (tak, to dalej jest na Słowacji). . Było trochę mniej ekscytująco, ale za to bardziej relaksująco dla niektórych pleców i nóg (bo niektórzy wózkowicze stali cały poprzedni dzień na desce w plecaku, a i faceci mieli lekko dość). Widok niezły… Jezioro z małym wodospadem i góry wokoło…

Naszą wyprawę zakończyliśmy stojąc w korku pod Nowym Targiem, a potem plotkując pod krakowskimi domnikanami.

Tak jak mówiłam, ciągnie mnie do gór. I nie myślcie, że ta wyprawa mi wystarczy…
Ahoj! (po naszemu:„cześć!”):)

PS. Zapomniałam o bardzo ważnej rzeczy. Podziękowania dla fizycznych, którzy pchali, ciągnęli, wnosili i znosili oraz robili inne rzeczy, tudzież dla tych, co ogarnęli to co było nie do ogarnięcia. No i mojej rodzince za włączenie się w robienie fotelika. Bez Was zapomnielibyśmy jak wyglądają góry!

Autor: Anna Dajek

 

Wkrótce ukażą się zdjęcia oraz inna perspektywa wyprawy. Zapraszamy!