Podziel się:

Kiedy kilka tygodni temu zapytałam, czy mieliby ochotę i odrobinę czasu, żeby napisać parę zdań o tym, jak było na wyjeździe sylwestrowym usłyszałam: ‘Pewnie’, ‘Z przyjemnością’, ‘Żaden problem’. Byłam bardzo mile zaskoczona ich entuzjazmem, jakością ich tekstów również. Napisali tak, że każdą z wypowiedzi czytałam po kilka razy; pięknie ubrali w słowa swoje wspomnienia i przeżycia, to kogo poznali, czego doświadczyli, ile litrów zielonej herbaty wypili i jak właściwie do nas trafili. Niesamowicie wyszła im próba zdefiniowania nas i tego, co robimy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tych ludzi; każdy z nich jest inny – różne zainteresowania i pasje, odmienne charaktery, ale łączy ich jedno – wszyscy mają w sobie dużo dobra, radości i wielkie serducha.

Mieli tak dużo do powiedzenia, że lektura na pewno zajmie wam chwilę. Ale gwarantuję, że nie będzie to czas stracony! O kim mowa? Oczywiście o naszych nowych klikowiczach, którzy nie są już wcale tacy nowi; osobiście czuję, jakby byli z nami od zawsze.

Na pierwszy ogień relacja Kamili i Ani:

Kamila – absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, kocha sport, zwłaszcza spływy kajakowe i wyprawy tatrzańskie. Ma głowę pełną piosenek dla przedszkolaków, gra na gitarze, bębnie i dużo się uśmiecha.

„W ubiegłym roku zostałam bez planów na Sylwestra. Mieliśmy pojechać w góry z przyjaciółmi, ale nikt nie zarezerwował żadnej miejscówki odpowiednio wcześnie. Postanowiłam pozostawić ten temat losowi.

W jedną z grudniowych niedziel pracowałam w Krakowie i chciałam zdążyć na ostatnią mszę do pobliskiego kościoła. Przez wrodzone roztargnienie wsiadłam do złego autobusu, który skręcił w kierunku centrum. Zdecydowałam się na szybką zmianę planów i udałam się na „Dwudziestkę” do Dominikanów. Pomyślałam wtedy: Czyżby jakieś specjalne plany wobec mnie miał Bóg, że mnie tu przysłał?

I być może miał, bo na ogłoszeniach duszpasterskich ojciec zaprosił na Sylwestra z Kliką. Powiedział, że od liczby wolontariuszy zależy, ile niepełnosprawnych osób będzie mogło pojechać. Uznałam, że może być to świetnym pomysłem na spędzenie tego dnia w nowej grupie znajomych robiąc przy okazji coś dobrego.

Nie myliłam się. Pojechała jeszcze moja siostra i trójka naszych znajomych, każdy z nas pierwszy raz. Od pierwszych chwil czuliśmy się jak w rodzinie. Przywitała nas bardzo serdeczna atmosfera i otwarci ludzie.

Był czas na rozmowy, gry towarzyskie, rozgrywki w tenisa stołowego, a także na modlitwę. Ładna okolica zachęcała do pójścia na spacer czy bieganie. Każdy z nas został przydzielony do opieki nad konkretnymi osobami, które wymagały pomocy. Ja z moją siostrą i trzema innymi dziewczynami opiekowałyśmy się dwiema starszymi paniami na wózkach – cudownymi osobami. Pomimo ogromnych ograniczeń ruchowych, mają w sobie energię i radość życia. Przez swoją ciągłą zależność od innych osób są pełne pokory i cierpliwości, których można się od nich uczyć. Samo wyjście na spacer było dla nich wielkim przeżyciem, niedostępnym na co dzień, ponieważ nie ma na to czasu w domu opieki, w którym mieszkają. Pięknie było patrzeć na ich radość z obserwacji otoczenia, z najprostszych rzeczy, niedostrzegalnych dla zdrowych, zabieganych ludzi.

Kulminacją wyjazdu była impreza sylwestrowa w stylu lat 70-tych i 80-tych, w której przygotowanie zaangażowani byliśmy wszyscy. Bal rozpoczął się wspólnym polonezem i konkurencją „Taniec z wózkami”. Pierwszy raz na imprezie było mi zupełnie obojętne jak wyglądam, bo ważniejsze stały się inne osoby. Wystroiłyśmy nasze panie w spódniczki i kokardy z bibuły, tak by przypominały bohaterki filmów tanecznych z tamtych lat. Tak pięknie się prezentowały, ze wygrały konkurs na najlepszy strój!

Byłam wzruszona patrząc, jak wielka potrzeba ruchu, tańca i wyrażania siebie tkwi w osobach niepełnosprawnych. Większość z nich bawiła się do rana, prawie nie schodząc z parkietu.

Dzięki Sylwestrowi z Kliką dowiedziałam się jak ważną rolę w naszym życiu spełniają osoby niepełnosprawne, jak dużo możemy się od nich nauczyć. Przede wszystkim doceniać swoje zdrowie i nie demonizować problemów, które nas spotykają. Był to czas aktywnego działania, niesienia prostej pomocy drugiej osobie i jednocześnie czas intensywnego brania, czerpania inspiracji, zarówno od niepełnosprawnych, jak i wolontariuszy, wspaniałych ludzi, którzy przez całe lata poświęcają swój wolny czas dla innych.

Kamila

Ania – kocha muzykę i literaturę, studentka krakowskiej Akademii Muzycznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wolny czas spędza ze znajomymi na wspólnych spacerach i rozmowach.

„O wyjeździe sylwestrowym dowiedziałam się na ogłoszeniach u Dominikanów. Może to pierwsza okazja, żeby spędzić Sylwestra pożytecznie – pomyślałam. Pojechałam do Podobina z myślą, że postaram się oddać całą swoją troskę innym, a nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile ja troski otrzymałam. Jeżeli warunkiem istnienia Kliki jest wspólny cel, to jest nim chyba po prostu miłość. Na Sylwestra jechałam pełna obaw, jednak spotkałam ludzi otwartych i pełnych energii. Najmilej z całego wyjazdu zapamiętałam atmosferę wzajemnej troski, wspólne spacery, długie rozmowy, no i oczywiście szalonego Sylwestra. Kiedy się raz weszło do Kliki, ciężko z niej wyjść. Strasznie wciąga. Dlatego uważajcie, bo Klika uzależnia!”

Ania

Edyta – uwielbia czytać książki i wychodzić na spacery, jest pełną energii uśmiechniętą dziewczyną, która wiele działa w swoim życiu. Chociaż była z nami pierwszy raz, świetnie odnalazła się w nowym otoczeniu.

„Był to mój pierwszy wyjazd sylwestrowy z Kliką, powiem wam, że było warto jechać. Wspaniała grupa, w której nie czuje się, że jesteś niepełnosprawny, najbardziej mi się to podobało.

Był to długi czas – aż 5 dni mogliśmy się integrować, poznawać siebie nawzajem, szaleć razem z fizycznymi przy grach planszowych do późnych godzin nocnych (bardzo pozytywnie utknęło mi to w pamięci). Mogliśmy również pomagać przy przygotowaniach do głównego balu, balu sylwestrowego, który trwał do białego rana.

Co jeszcze mi się podobało? Że każdy każdemu pomaga przy codziennych rzeczach, młodzież studencka jest niesamowicie przygotowana do pomocy człowiekowi z różnymi dysfunkcjami i to właśnie jest piękne.

Jednym słowem Klika jest Wielka.”

Edyta

Monika – studentka turystyki krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego, swój wolny czas spędza przeważnie aktywnie; chodzi na basen, ściankę czy wyjeżdża w góry. Z drugiej strony uwielbia ciszę i literaturę.

„ „A może dzisiaj pójdziemy do Dominikanów?” – napisałam w wiadomości zwrotnej do znajomego. Tak się zaczęło…

Jedna z niedzielnych mszy u Dominikanów. Hmm… żadna nowość, przecież odprawiane są one nie od dziś. I ogłoszenia też były. No to Ci dopiero niespodzianka! – powiedziałby ktoś. Racja. Niby było „jak zwykle”, nic nadzwyczajnego, a jednak… Podczas tych ogłoszeń, padło klika haseł: Klika (a co to takiego?), Sylwester (no tak, sama nie wiem co z moim…), wolontariusz (O! to mi się podoba) bez doświadczenia (No rewelacja! A skoro tak, skoro każdy może to…?).

To był znak! Dlatego zaraz po powrocie do domu, napisałam o wszystkim do koleżanki. Decyzja była dość szybka i jednoznaczna: „Jedziemy!”. Następnego dnia, wiadomość była już w skrzynce u organizatorów – Kasi i Maćka. My zaś wypełniłyśmy formularze. Byłyśmy zachwycone!

Minął jeden dzień, drugi, trzeci… Niby coraz bliżej do wyjazdu, a początkowy entuzjazm zaczął jakby słabnąć, rodziły się za to kolejne pytania i związane z nimi obawy: Czy ja sobie poradzę? Przecież nie mam doświadczenia (a byłam z tego tak zadowolona)… Co jeśli nie będę umiała komuś pomóc? A może w ogóle się tam nie odnajdę, przecież nie znam nikogo… Teraz już wiem i mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie te obawy były bezpodstawne i mówiąc kolokwialnie, po prostu głupie. Sam wyjazd był jednym z lepszych (o ile nie najlepszym) w moim życiu. Ale po kolei… (tak, to był dopiero wstęp haha).

Długo zastanawiałam się jak mam opisać wyjazd sylwestrowy do Podobina (no tak, zapomniałabym o najważniejszym, a wiec Podobin – tam właśnie byłam :D). Jak przybliżyć te 5 dni? Jak zawrzeć wszystko, nie wchodząc nazbyt w szczegóły i nie zapomnieć o sprawach istotnych…? I nagle mnie oświeciło!

Przypomniałam sobie Andrzeja („atrakcyjnego” – to dla wtajemniczonych), który zaraz po przyjeździe, chodził po szkole, zapoznając się z planem budynku. A, że przez te kilka dni nasze życie toczyło się właśnie w różnych częściach szkoły (zdążyły się wytworzyć konkretne strefy/obszary) to i je postanowiłam wydzielić i opisać. Tak więc…

KUCHNIA: „Przez żołądek do serca?” Zdecydowanie tak! Panie kucharki wiedziały czym sobie nas zdobyć. :) I wcale nie mamy im tego za złe! :D Ale sami też przygotowywaliśmy jedzenie i był to świetny moment do rozmów i integracji. Choć, ta miała miejsce również podczas zmywania – stosy talerzy naprawdę potrafią zbliżyć ludzi. :) Do tego pogawędki przy zielonej herbacie i zabawa. O, na przykład w „JA” – nic skomplikowanego, bez nadmiernego wysiłku intelektualnego i podobno ma być śmieszna. :D Piszę „podobno”, bo pierwsze minuty na to nie wskazywały, ale… okazała się być genialna w swojej prostocie iiii… i tak oto zostałam jajecznicą. :D Tak już jest – najlepsze imprezy zawsze są w kuchni!

KORYTARZ (JADALNIA): To tam konsumowaliśmy wszystkie posiłki. Poprzedzała je wspólna modlitwa i śpiew przy dźwiękach gitary (zasługa Mateusza). U niektórych ewentualnie mogła występować sama modlitwa, przyjmując za prawdziwe stwierdzenie, że kto fałszuje, ten dwa razy się modli, ale kto by na to patrzył…? :) Tam też widać było współpracę miedzy nami, to jak ludzie są sobie pomocni, jak dbają o siebie i to nie przez to, że „tak wypada”, nie, to było naturalne. Tutaj też miały miejsce wszelkie rozgrywki, czy to karciane, czy też planszowe. Nie brakowało przy tym śmiechu ani… słodkich przekąsek – także nawet teoretyczni przegrani, nie odchodzili przynajmniej z pustymi brzuchami :D

KLASY (SYPIALNIE): Tutaj toczyło się życie nocne – to znaczy, że każdy grzecznie spał… tylko pory były różne. :D Ale było to też miejsce dobre do bardziej intymnych rozmów i modlitwy. :)

SALA GIMNASTYCZNA (SALON): To tam odbyły się główne i najważniejsze wydarzenia – Msze Święte i sama zabawa sylwestrowa. No właśnie, może parę słów o niej.

Przygotowania trwały już od samego rana – sałatki, ciasta i dekorowanie sali. Każdy był w coś zaangażowany, każdy miał jakąś funkcję. Po tych czynnościach przyszedł czas na przygotowanie samych siebie (choć wiadomo, czas jakiego potrzebowały panie, a panowie nie był jednakowy :D) Ojjj ciężkie były te zabiegi… ale za to jakie efekty! No i się zaczęło – tradycyjnie rozpoczęto polonezem (było bardzo dostojnie i podniośle), a zaraz po tym jeden z punktów wieczoru czyli „Taniec z wózkami”. To co się działo na parkiecie ciężko opisać! Tyle radości, inwencji twórczej, takiej współpracy i tylu emocji między partnerami dawno nie widziałam! Wszyscy byli po prostu wspaniali! No ale zwycięzców wyłonić trzeba było – Klaudia i Tomek – najlepsi z najlepszych! :) O północy wszyscy złożyliśmy sobie życzenia, brzęczały kieliszki, zza okna wdzierał się blask fajerwerków… I w takiej atmosferze, przy wspólnym tańcu, z przerwami na rozmowy i jedzenie, upłynął cały ten wieczór (wraz z porankiem).

Tak, zdecydowanie były to szalone (wspaniałe) lata 70-te i 80-te… :)

I to już był prawie koniec. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak te dni szybko zleciały. Ale myśląc nad tym, składając to wszystko w całość, zdałam sobie sprawę, że coś mi to przypomina, z czymś się kojarzy. No tak… z domem. I nie mam tu na myśli poszczególnych pomieszczeń. Ten dom tworzyli ludzie pełni otwartości na świat i drugiego człowieka, akceptującym Cię, takim jakim jesteś. Z ogromnym sercem i empatią. Radośni i z poczuciem humoru. Ludzie, którym uśmiech nie schodził z buzi (a to naprawdę nie zawsze jest łatwe). Osoby silne, które z uporem realizują swoje marzenia i nigdy nie stoją w miejscu. Pasjonaci. Gaduły. Śmieszki… To dzięki nim wszystkim, i każdemu z osobna, można było od razu poczuć się jak u siebie, bezpiecznie i po prostu dobrze… gdzie nie jest ważne to co się robi, ale z kim, gdzie wspólnie tworzymy rodzinę.”

Monika

Karolina – studentka krakowskiej Akademii Muzycznej, kocha grę na flecie poprzecznym i góry. Jako jedna z nielicznych wychodzi na dwór, a nie na pole (brawa od autorki!). Lubi pływać i pomagać królikom.

„A więc tak; pierwszy raz słowo „Klika” padło na niedzielnej „Dwudziestce” u Dominikanów, przy okazji jakiejś kwesty, po raz drugi przed świętami – stowarzyszenie poszukuje wolontariuszy na wyjazd sylwestrowy. I tu właśnie pojawiła się myśl, decyzja i działanie. Alternatywą była impreza w mniejszym bądź większym gronie, a wraz z nią poczucie zmarnowania czasu, zatrucia organizmu i ogólny niesmak.

Doświadczenie w materii wolontariatu równe zeru, absolutny brak wyobrażenia, co mnie tam właściwie może czekać. Przypadkiem okazało się, że koleżanka ze studiów i jej chłopak też chcieliby się wybrać, więc mając jakichkolwiek znajomych w zanadrzu – pojechałam. Autokar odjeżdżał spod DPSu, usiadłam z nowo poznaną dziewczyną, całą podróż przegadałyśmy i myślę sobie, „kurcze, ale ciekawa osoba”, no i później się okazało, że w zasadzie wszyscy z którymi zetknęłam się w Klice są niesamowici. Nie wyolbrzymiam, to jest po prostu jedno wielkie skupisko pomysłów, idei, marzeń, przekonań, radości i zapału. Nigdzie indziej nie spotkałam takiej enklawy. Tylko że atmosfera klikowa nie pozostaje tylko i wyłącznie w zamkniętym gronie, ona jest jak choroba zakaźna – przenosi na wszelkie inne sfery życia. Nigdzie indziej nie zostałam tak porażona miłością do drugiego człowieka (bo co w zasadzie jest motywem do tego typu działań, jeśli nie miłość?) i sama dostałam potężny zastrzyk z zapasem na przyszłość. Na Sylwestrze wybawiłam się na całego, pomijając fakt, że cały czas był magiczny. Czegóż więcej chcieć? Miejsce do spania, niesamowici ludzie, przy których nie dało się choć przez chwilę nudzić i niekończące się jedzenie. Zestaw idealny.”

Karolina

Mateusz – student medycyny Łódzkiego Uniwersytetu Medycznego, jednak zamiast uważnie czytać Harpera, woli spędzać wieczory z „Ojcem Chrzestnym”. Świetnie gra na gitarze, interesuje się muzyką i fotografią.

„Wyjazd do Podobina z Kliką był świetną okazją do spędzenia sylwestrowego czasu w przyjaznej atmosferze, oderwania się od szarej rzeczywistości i zawarcia nowych znajomości. Wspólne gry, rozmowy, spacery (bo pogoda dopisała) wypełniały czas, a perfekcyjnie zorganizowaną zabawą pozytywnie wkroczyliśmy w nowy rok. Klika udowadnia, że pomagając innym możesz sprawić radość także sobie. Był to mój klikowy pierwszy raz, a mam nadzieję że nie ostatni!”

Mateusz