Podziel się:

Czasami w Klice ma miejsce coś na kształt burzy mózgów. Piszę na kształt, bo tak na prawdę to nikt nic nie mówi, ale coś wisi w powietrzu. Atmosfera gęstnieje. Wyczuwa się w ludziach energię, której chcą dać upust. Jest cisza, ale to nie jest taki rodzaj “niezręcznej ciszy” jaki panuje na “pierwszych” randkach. Każdy gdzieś błądzi myślami i w końcu ktoś pierwszy mięknie i pada jakiś – nazwijmy go – głupi pomysł. Na tym nie koniec. Ktoś inny podnosi poprzeczkę, ludzie wzajemnie się nakręcają i w efekcie mamy do czynienia z czymś w rodzaju zalążka wydarzenia epokowego, albo przynajmniej mogącego takim być.

Dygresja: kiedyś będąc na obozie w Rydzewie siedzieliśmy po kolacji nie mając planów na wieczór. “No to może spacer?” – ktoś powiedział. Inny zapytał rezolutnie: ”Ale gdzie ten spacer?”. I zapadła ta złowróżbna cisza, o której wcześniej wspomniałem. Niewidomy Jurek Płonka wymyślił, że pójdziemy na oddalony o kilka kilometrów pole campingowe na… – nie na piwo – na pomidory. Legenda głosiła, że tam są nieziemskie pomidory. Niby nic specjalnego przejść te kilka kilometrów “w te i nazad”, ale akcja działa się w nocy. Wzięliśmy kilkoro wózkowiczów. Wyszliśmy kiedy zaczynała się szarówka, a na miejsce dotarliśmy ok. 23:00. Na miejscu musieliśmy budzić obsługę, żeby łaskawie sprzedała nam te pomidory. Smaczku wypadowi dodaje fakt, że tylko “niewidzialny” Jurek wziął latarkę – na początku się zastanawialiśmy po co niewidomemu latarka, ale ostatecznie nieważne po co – ważne, że wziął. Inna sprawa, że nie wiadomo jak to się stało, że nikt inny jej nie wziął. Koniec końców zjedliśmy pomidory i wróciliśmy około 01:00 do bazy w szkole. Ekipa dzieliła się na tych co to “już nigdy z nami nigdzie nie pójdą i pomidory kupią w najbliższym jarzyniaku” i na tych, którzy dopytywali kiedy jeszcze zrobimy taki wypad.

Mniej więcej w takich okolicznościach powstał pomysł pójścia na Ekstremalną Drogę Krzyżową – dalej nazywaną EDK.

Byliśmy na rekolekcjach wielkopostnych na Jamnej. Po wielbieniu, późnym wieczorem zaczęły się rozmowy i milczenia“o niczym”. Ania Podstawa niezobowiązująco wspomniała, że chciałaby pójść na EDK, ale nie ma z kim, i że to w nocy, że ciemno, i może ktoś też by poszedł, bo jak ciemno i las to ona się boi. W sumie, to nie powiedziała, że się boi, ale wiadomo, że dziewczyn do lasu nocą się nie puszcza i bez chłopa ani rusz. Zapadła TA cisza. Pierwsze odruchy prawdziwego mężczyzny, obrońcy samotnych kobiet w lesie, wykazał Maciek Lewicki. Do pomocy wziął sobie Anię Orkisz. Potem już poszło gładko – zgłosiła się jeszcze Ola Wandzilak i ja. No to super – Klika po raz pierwszy pójdzie na EDK. Jest prawie epicko. Ale pójść ot tak, po prostu PÓJŚĆ i koniec, to trochę bez sensu. Skoro idzie nas siła luda to trzeba wziąć wózkowicza. A nóż nieco więcej win odpokutujemy? I chyba każdy doszedł do wniosku, że “dodatkowe” odpuszczenie win się przyda bo pomysł wózkowicza na EDK został przyjęty przez aklamację. Pozostała kwestia – kto pojedzie. Wózkowicz miał być młody, lekki, zwrotny, nie bojący się trudów podróży – albo specjalnie nie okazujący takich lęków. Padło na Anię Dajek – córkę miłośniczki gór (miłośniczki przez duże M) oraz grotołaza ze stażem większym niż wiek piszącego te słowa. Wiadomo było, że Ania mając takich rodziców byle ulewą czy urwiskiem się nie przejmie.

I jeszcze trasa. Możliwości było kilkanaście. Wyselekcjonowaliśmy trzy i argumentami typu “za długa, za dużo błota i strumieni, albo za mało ambitna”, wybraliśmy Trasę Brązową. Później się okazało, że jednak mogła być mniej ambitna.

Droga Krzyżowa zaczynała się mszą świętą w kościele pw. Św. Józefa w Podgórzu. Jedno, drugie trzecie błogosławieństwo, żeby nam się dobrze szło, i ruszyliśmy ok. 22:30. Najpierw szliśmy wzdłuż Bulwarów Wiślanych, potem przez aleję Waszyngtona na kopiec Kościuszki i dalej do Lasku Wolskiego. Tam okazało się, jaka siła drzemie w grupie, i jaki “team spirit” można zbudować, gdy trzeba w deszczu i krzakach przenosić Anię Dajek przez zwalony pień drzewa.

Nie będę przytaczał miejsc wszystkich stacji Drogi Krzyżowej. Były to zarówno małe kapliczki, jaki kościoły parafialne. Zainteresowanych odsyłam do strony EDK. Wspomnę tylko, że kryzysów było nie jeden i nie dwa. Pierwszy poważniejszy miał miejsce w zasadzie już po największych trudnościach technicznych. Na przystanku w Tyńcu, ok. godziny 4:30 Maciek stwierdził, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wrócić do domu, bo skoro za 20 minut jedzie autobus to bardzo dobrze się składa. Ola chciała wracać mniej więcej w połowie trasy. Kilka razy przekładała przyjazd rodziców, aż wreszcie stwierdziła, że bliżej jej już do Kalwarii Z. niż do domu. Nie zliczę, ile razy dziewczyny kładły się/siadały na asfalcie na tzw. “3 minuty”. Wiadomo, że trudno było się potem ruszyć, a “trzyminutówek” przybywało. Po wielokroć przez to, że zasypialiśmy pchając Anię, była szansa, że wjedziemy z nią do rowu, który był poprowadzony wzdłuż jezdni. Niby jest to nieco nie prawdopodobne, że dwie osoby pchające zasypiają na raz, ale jednak – jak widać
– da się.

Jestem pod absolutnym wrażeniem naszych dziewcząt uczestniczących w EDK. Pchały i ciągnęły wózek Ani nie gorzej niż faceci, a czasem nawet lepiej bo z większą troską. Nas czasem za bardzo ponosiła fantazja i Ania jechała na przykład po kątem 45 stopni – my ją zapewnialiśmy, że “absolutnie może nam zaufać”, ona jednak drżała o fatałaszki, żeby ich nie pobrudzić. Dobrze, że drgawki z upływem kilometrów zmniejszały się, co poczytywalismy sobie jako wzrost zaufania do nas.

A wracając jeszcze to zaangażowania dziewczyn w wyprawę to przypomniała mi się sytuacja z mszy świętej przed EDK. Mam na myśli coś w rodzaju okrzyku wojennego. Ksiądz Stryczek wypowiedział zdanie: “Pierwszą wartością Kodeksu Honorowego Męskiej Strony Rzeczywistości jest…”. Panowie (tylko) odpowiedzieli gromko: “Siła!!!”. Piękne zawołanie. Tylko gdzie panowie byliście jak nasze dzielne dziewczyny pomagały Ani? Może chodzi o to, żeby tylko krzyczeć i bawić się w wojnę i podchody? Ale kto, przeżyje za Was prawdziwe życie ? Dziewczyny?

Ostatecznie udało nam się dotrzeć do Kalwarii Zebrzydowskiej w pełnym składzie: Ania Dajek, Ania Orkisz, Ania Podstawa, Ola Wandzilak, Maciek Lewicki, Jakub Zastawny i ja (Paweł Jachym).  Jak chodzi o czas to wstępnie planowaliśmy ok. 8-9 godzin, a w razie jakiegoś dramatu pogodowego maksymalnie 10 godzin. Wyszło nam ponad 17h i 15 min.

Czy to źle, że szliśmy tak długo? I tak, i nie.

Tak, źle: ponieważ – o naiwności ludzka – chcieliśmy zdążyć na poranną mszę w Kalwarii Zebrzydowskiej. Część z nas miała plany na wczesne popołudnie, a ostatecznie w Krakowie byliśmy ok. 18:00.

Nie – każdy zbadał swoje możliwości psychiczne i fizyczne. Niektórzy doszli do ich granic. Wyobraźcie sobie, że macie „kryzysa-giganta” po 6 godzinach całonocnego marszu. W zasadzie nie wiadomo ile jeszcze do końca, ale najchętniej wskoczylibyście już do łóżka. Potem się okazuje, że idziecie kolejne 11 godzin (od Stacji do Stacji), ale w danej chwili nie jesteście postawić kroku. Przecież to jest lepsze niż prywatna sesja z renomowanym coachem.

Autor: Paweł Jachym

Responsive Portfolio Powered By Weblizar